środa, 17 maja 2017

Chapter 5

(warto posłuchać)

*
Był sobotni wieczór, Henley była sama w swoim słabo oświetlonym pokoju. Położyła się na podłodze, dotykając policzkiem chłodnej powierzchni. Po twarzy spływały jej gorące łzy. Nic nie mogło sprawić, żeby poczuła się lepiej. Patrząc na swoje ręce poczuła, że po raz kolejny chciałaby odejść już na zawsze. Parę kroków od niej leżał czarny zeszyt w twardej oprawie, otwarty na stronie z pismem, które zdradzało wiele emocji ulatujących z autorki.
10.04
Henley Adele Wright. Ta dziewczyna bez mamy. Przez pierwszy rok czułam niesamowitą tęsknotę, ból i samotność. Nie mogłam uwierzyć, że ona nie wróci. Z upływem at przemieniło się to w żal i nienawiść. Zrozumiałam, dlaczego odeszła, ale nie potrafiłam wytłumaczyć sobie dlaczego zostawiła mnie i Josha. Myślała, że tak będzie lepiej? Kto zostawia swoje małe dzieci z czystym szaleńcem? Nienawidzę jej teraz praktycznie tak jak jego. Po tym pierwszym razie, kiedy użył w stosunku do nas przemocy cały czas znajdywał na to nowe powody. Czasami robił to jak pił. Gorsze jednak jest to, że równie często robił to kiedy był trzeźwy. Wiedział, co robi. Błagałam go niezliczoną ilość razy, Josh także. Nasz ojciec był potworem i nikt nie mógłby się z tym sprzeczać, gdyby tylko wiedział. Nikt jednak niczego nie zauważył. Zawsze bił nas, szczególnie mnie z wyszukaną precyzją. Robił to tak, aby nie zostały siniaki, albo dbał o to, żeby były to miejsca, których nikt nie zobaczy. Przewinienia za które ostawaliśmy kary? Jeśli można nazwać złą rzeczą to, że czasami nie przychodziliśmy punktualnie po szkole do domu, zaczynaliśmy płakać, biegaliśmy po domu, podnosiliśmy jego rzeczy, że pytaliśmy o mamę, bądź o niej wspominaliśmy. Z biegiem czasu dostosowaliśmy się i zaczęliśmy żyć jak w zegarku. Nie było mowy, żeby on o czymś o nas nie wiedział. Robiliśmy wszystko, żeby nie miał o co być na nas zły. W szkole w tamtym czasie, kiedy już ją zaczęłam byłam klasowym 'kujonem'. Zawsze zgłaszałam się na lekcjach, aby nauczyciele chwalili mnie przy tacie. Nadal pragnęłam jego atencji, potrzebowałam jej. Myśleliśmy z Joshem, że wszystkie złe wydarzenia są tylko naszą winą. Ojciec powtarzał nam to po pijaku bez końca. Mojemu bratu było trochę łatwiej, bo częściej pozwalał mu wychodzić z domu. Co do mnie, to chyba zbyt przypominałam mu matkę. Zdarzało mu się, że w złości nazywał mnie jej imieniem, co jeszcze bardziej wyprowadzało go z równowagi, ponieważ nienawidził każdego wspomnienia związanego z nią. To nie był już mój tata. Tak jakby w dniu jej odejścia zniknął razem z nią, a z nami został jakiś inny człowiek. Czy to przez alkohol? Samotność? A może to tylko coś co tkwiło w nim głęboko a dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw? 
Eveline... Jak mogłaś nam to zrobić? Zniszczyłaś moje życie i zabiłaś Josha. Byliśmy twoimi dziećmi. Twoje odejście było pierwszym krokiem, który sprowadził mnie na dno. 
Drugi krok 
To był dzień kiedy ojciec po raz pierwszy przestąpił granicę i tym razem zrobił mi krzywdę, której nigdy nie zapomnę. Stało się to pewnego popołudnia, kiedy do domu odprowadził mnie kolega ze szkoły. Miałam wtedy osiem lat i zawsze wracałam sama, kiedy Josh kończył lekcje o innej godzinie. Luke był ode mnie starszy o dwa lata i był dla wszystkich bardzo miły  pomocny. Przyjaźnił się z Joshem, z którym często siedział w ławce.  Dziwił się, że nikt z rodziny nie przychodzi po mnie. Zawsze, kiedy tylko kończyliśmy o tej samej godzinie szedł ze mną, dotrzymując mi towarzystwa. Byłam mu bardzo wdzięczna, bo chociaż nie mieszkałam daleko od szkoły, to jednak bałam się pokonywania samotnie nawet tych paru przecznic. Pewnego razu, kiedy żegnaliśmy się przed bram, zobaczył nas mój ojciec. Wypadł wściekły z ogrodu, złapał mnie za ramię i pociągnął do domu, przy okazje wrzeszcząc na zszokowanego chłopaka, żeby lepiej nie pojawiał się więcej pod naszym domem. Kiedy już zamknął nas w domu, pchnął mnie na ziemię i zdjął pas od spodni. Wiedziałam już co się stanie i próbowałam przepraszać, zalewając się łzami strachu. Nic jednak nie mogło go zatrzymać. Zaczął mnie bić z całej siły, nie zwracając nawet uwagi na to gdzie trafia. Pierwsze uderzenie trafiło w mój policzek przy czym krzyknęłam z bólu i próbowałam się ruszyć, ale nie dość szybko, bo następne uderzenie trafiło mnie w plecy. Krzyknęłam znowu i zaczęłam uciekać w stronę schodów. Szlochałam, trzęsąc się ze strachu. Przewróciłam się na schodach, a on mnie dogonił i dalej okładał pasem. Krzyknęłam imię Josha, mając nadzieję, że usłyszy mnie i przyjdzie pomóc. Na szczęście tak się stało i po chwili mój brat osłonił mnie przed ojcem, który ani myślał  o tym, aby przestać. Kazał mu się odsunąć, mówiąc, że musi mnie ukarać. Josh na szczęście wiedział jak go podejść. Zaczął płakać i mówić, że ktoś to na pewno zobaczy i że będziemy mieć kłopoty. Ojciec zawahał się chwilę, ale w końcu odrzucił pas i odszedł od nas bez słowa. Josh zabrał mnie do łazienki i próbował mnie uspokoić. Pas zrobił mi parę przecięć na plecach, które odkaził szybko starając się sprawić mi jak najmniej bólu. 
Co my teraz zrobimy Hen? - szepnął do mnie ze smutkiem w oczach - Co zrobimy?

 Nadal pamiętała wyraz jego oczu tamtego dnia. Ten żal, który mieszał się ze strachem i z bólem. Biedny  Miał tylko dziesięć lat, kiedy musiał zacząć dorastać. Od tamtego dnia stał się jej nieodłącznym opiekunem. Dojrzał bardzo szybko i tylko dzięki niemu ich rodzina była w stanie jakoś funkcjonować. Jednocześnie jednak rosła w nim nienawiść do matki, którą pod wpływem strachu i manipulacji ojca zaczął uważać za jedyny powód ich problemów. Josh z całej siły nie chciał uwierzyć, że ojciec był zły. Powtarzał sobie, że jest tak samo opuszczony i zagubiony jak my. Henley przetarła oczy ręką i zaczęła się przygotowywać do pracy. 


*
Kilka godzin później zmiana rudowłosej zaczęła się kończyć. Dziewczyna patrzyła się z niecierpliwością na telefon, oczekując upragnionej godziny. 
- Śpieszysz się gdzieś? - krzyknął do niej Eden unosząc brwi do góry.
- Nie, ale umieram ze zmęczenia, marzę o ciepłym łóżku. - odkrzyknęła, na co Eden zrobił obrażoną minę.  Odwrócił się do niej plecami, żeby obsłużyć klientkę.
- Ty i łóżko? Nigdy nie łączyłem tych słów razem, ale może powinienem. - mrugnął do niej zadziornie, na co poczuła, że jej twarz robi się czerwona. 
- Zamknij się, z tobą to prawie jak kazirodztwo - wystawiła język w jego stronę.
- Oj wcale tak nie sądzisz - odparł pewnie. W tym samym momencie dołączyli do nich Chris i Beatrix, którzy mieli mieć następną zmianę
- Hej B - Henley przytuliła dziewczynę na przywitanie. Była to jedna z niewielu dziewczyn, których obecność akceptowała, a nawet ceniła. Beatrix miała farbowane na fioletowo włosy i przeszywające niebieskie oczy. Uwielbiała piercing i sama zajmowała się robieniem go. Po znajomości zrobiła Henley parę przekłuć w uchu gratis.  Miała dwadzieścia jeden lat, ale nigdy nie dawała po sobie odczuć, że jest starsza od rudej. 
- Możecie się już odmeldować. Dawno cię nie widziałam Hen. Powiedziałabym, że wyglądasz kwitnąco, ale skłamałabym. Spałaś coś przez ostatnie dni? 
- Niewiele. Dlatego będę się już zmywać - odparła - Pa! - pożegnała znajomych i udała się z Edenem na zaplecze. Podzielili się napiwkami po połowie i dziewczyna zaczęła zbierać swoje rzeczy. 
- Może chociaż raz ze mną zatańczysz zanim pójdziesz? Proszę, tylko jeden taniec - Eden wlepił w nią błagalne spojrzenie - i jeden drink.
- Dobrze, ale na więcej mnie nie namówisz - rudowłosa westchnęła, odkładając kurtkę na wieszak. 
Wyszli z zaplecza, a Eden podał jej szklankę z wódką i colą, po czym kiedy już wypiła pociągnął ją za rękę w tłum. Zaczęli tańczyć, a Henley poczuła, że jej mięśnie się rozluźniają. Po kilku piosenkach poczuła się jakoś inaczej. Zamknęła oczy i dała się ponieść uczuciu odprężenia. Czuła się trochę skołowana, co było dziwne, zważając na to, że wypiła zaledwie jednego drinka. Miała suche usta, a powietrze dookoła zdawało się pulsować. 
- I jak, podoba ci się efekt? - zaśmiał się euforycznie Eden - teraz możesz się bawić
- Co mi dałeś? - zapytała Henley oszołomiona, wpatrując się w jego twarz, która mieniła się kolorami. Jej serce biło jak oszalałe. 
- LSD, nie musisz dziękować - mrugnął do niej, po czym wrócił do tańca - nie stój tak!
Dziewczyna próbowała tańczyć do muzyki, która nagle wydała się jej za głośna. Nie była jednak w stanie wytrzymać  hałasu. Zaczęło jej się chcieć płakać, ale po chwili poczuła się wściekła. 
- Ty dupku! - krzyknęła na Edena uderzając go z całej siły w twarz. Szybko odwróciła się i wmieszała się  tłum. Chciała iść do szatni, ale nie potrafiła znaleźć dobrego kierunku. Czuła się kompletnie bezsilna. Kręciło jej się w głowie, a w uszach boleśnie dudniła muzyka. Jej ciało zdawało się jej nie słuchać, kiedy chciała się poruszać. Nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Dreszcz strachu przeszedł jej po plecach. Nie mogła pomylić tego uczucia z żadnym innym. Podszedł do niej nieznajomy brunet, którego dwa razy spotkała na korytarzu w swoim ośrodku. Nie mówiąc ani słowa chwycił ją za biodra i zaczął poruszać nimi do rytmu muzyki. Henley nie potrafiła go odepchnąć, więc zamknęła oczy i znowu poczuła przypływ euforii, który odpędził z jej umysłu plątaninę niespokojnych myśli. Ręce chłopaka władczo błądziły po jej ciele, a jego usta znalazły się przy jej szyi. W tym momencie w umyśle dziewczyny zapanował strach. Chciała się uwolnić, ale nie była w stanie zmusić kończyn do ruchu. Jej serce biło jakby miało zaraz wyskoczyć jej z piersi. Próbowała krzyknąć, ale  jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. 
- Wszystko jest w porządku - szepnął jej do ucha mężczyzna. Pomyślała, że ten głos na zawsze zapadnie jej w pamięć, po czym zamknęła oczy, żeby nie widzieć jego spojrzenia.

środa, 30 listopada 2016

Chapter 4

Henley z wielkim trudem uchyliła powieki, na które padały promienie porannego słońca. Schowała twarz w dłoniach, przeciągając się i ziewając. Przez jej ciało przebiegały nieprzyjemne dreszcze. Podciągnęła do góry kołdrę pod samą brodę. Kichnęła dwa razy, czując jak łzy napływają jej do oczu. Zamglonym wzrokiem potoczyła po pokoju, zatrzymując go na lustrze, na którym pod wpływem światła widać było każdą drobinę kurzu. Kto by pomyślał, że jeszcze wczorajszego dnia całe niebo pogrążone było w deszczowych chmurach. W takim oświetleniu nawet jej pokój-klitka wyglądał całkiem znośnie. Henley westchnęła cicho, czując narastający ból w krtani. Zwróciła głowę w stronę okna, przymykając lekko oczy. Szumiało jej w uszach, a przez głowę przelatywały jej urywki wspomnień z poprzedniego dnia. Skrzywiła się zażenowana, przypominając sobie falę wymiotów. Wiedziała, że ostro przesadzała z alkoholem. Jestem jak On - przeleciała jej myśl przez głowę, która sprawiła, że poczuła do siebie obrzydzenie. Tak nie mogło być,nie może stoczyć się aż tak nisko. Wstała z łóżka, prawie się przewracając. Przytrzymała się szafy żeby nie upaść i wciągnęła mocno powietrze do płuc. Zawroty głowy po chwili lekko straciły na sile. Postanowiła iść do łazienki wziąć prysznic. Wyszła z pokoju ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami i ruszyła w stronę schodów. Mijane po drodze dziewczyny patrzyły na nią z wyraźną pogardą. Za sobą słyszała ciche szepty i chichoty. Zacisnęła mocno palce na kosmetyczce, czując jak krew napływa jej gwałtownie do twarzy. Tym razem na to zasłużyła i zdawała sobie z tego sprawę. Spuściła lekko głowę, chowając się za zasłoną potarganych rudych włosów. Starała się nie myśleć o tym jak szybko wieści rozchodzą się po tym budynku. Zawsze wystarczy jedna plotka żeby wywołać burzę w ośrodku, a tym razem, to była prawdziwa sensacja. Przyspieszyła kroku, czując po raz pierwszy od długiego czasu, że zaczęła ją obchodzić opinia innych. Wpadła do łazienki i wtoczyła się prawie nieprzytomnie do kabiny prysznicowej. Puściła na twarz strumień gorącej wody i westchnęła z ulgą. Myła się lawendowym płynem, powoli się uspokajając. Nie mogła pozwolić sobie teraz na słabość, został jej niecały rok w tym miejscu. Niedługo zacznie od początku. Tylko jak? Szybko skończyła prysznic, wytarła się pospiesznie ręcznikiem i szczękając zębami szybko zarzuciła na siebie ubrania. Wyszła ostrożnie z łazienki, rozglądając się dookoła, na szczęście na nikogo nie trafiając. Śniadanie właśnie się zaczynało, więc wszyscy byli już na stołówce. Henley pobiegła do pokoju, po czym postanowiła dołączyć do posiłku na parterze. Włożyła do kieszeni tabletkę aspiryny i pospiesznie udała się na śniadanie.
*
Na stołówce jak zawsze panował zgiełk. Ludzie przekrzykiwali się nawzajem, żeby siedzący obok mogli ich usłyszeć. Parę osób, które ją zauważyło przycichło lekko, a w ich oczach było widać skrajną niechęć i pogardę. Henley westchnęła przeciągle i zrezygnowana ruszyła po tacę. Nałożyła sobie trochę jajecznicy na talerz i wzięła kubek z czarną herbatą.  Omiotła wzrokiem salę, szukając Scotta. Zauważyła go wreszcie, siedzącego w kącie z ponurą miną. Niepewnie podeszła i usidła naprzeciwko niego. Połknęła szybko aspirynę, mając nadzieję, że szybko ulży jej w bólu. Scott nawet na nią nie spojrzał, uparcie bawiąc się rozmokłymi płatkami w swojej misce z mlekiem. Zrobiło jej się wstyd, kiedy pomyślała sobie ile już dla niej zrobił.
- Dziękuję Scott... naprawdę, nie wiem jak bym sobie radziła bez ciebie. 
Chłopakowi drgnęła lekko ręka, ale nadal na nią nie spojrzał.
- Obiecuję ci, że już nigdy nie zrobię nic tak głupiego - kontynuowała, na co chłopak tylko prychnął, nadal uparcie gapiąc się w jedzenie.- Przepraszam, przepraszam! Wiem, że przesadziłam, ale proszę, wybacz mi - zaszkliły się jej oczy. - Scott, proszę. - ściszyła głos do szeptu.
Brunet uniósł w końcu głowę i popatrzył na nią surowo. 
- Dlaczego to robisz? Sama chcesz zniszczyć sobie życie. Nie potrafię tego zrozumieć. Jeśli chcesz drugą szansę, najpierw sama musisz ją sobie dać.
Po tych słowach wstał, odłożył tacę z niezjedzonym śniadaniem i wyszedł z jadalni.
Zaraz po jego odejściu podeszła do niej jedna z opiekunek.
- Henley. Kiedy tylko skończysz jeść masz się udać do gabinetu pani dyrektor. Uważaj, ucieczka wcale nie pomoże ci w poprawieniu swojej sytuacji. - kobieta obrzuciła ją surowym spojrzeniem i odeszła z uniesioną głową. W snach marzyła tylko o tym, żeby ta dziewczyna szybko zniknęła z tego budynku.
*
Henley zapukała niepewnie w stare dębowe drzwi, modląc się, żeby nikt nie odpowiedział.
- Proszę! - usłyszała surowy głos dyrektorki.
Henley weszła do gabinetu, zamykając za sobą drzwi.
- Dzień dobry panno Craven. - Henley dygnęła lekko, wbijając wzrok w stary dywanik, położony przed biurkiem dyrektorki.
- Witaj Henley. Proszę usiądź. - Kobieta wyprostowała się na krześle i zacisnęła usta w wąską linię. Była to samotna osoba, której prawdziwym uzależnieniem i jedyną satysfakcją była praca. Nie posiadała żadnej rodziny, a przynajmniej nikt nigdy nie widział jej z jakimkolwiek krewnym. Ciemne włosy, mocno już zaznaczone siwizną zawsze wiązała w ciasny węzeł z tyłu głowy. Cerę miała ziemistą, od cygaretek, bez których nie potrafiła się obyć. Na odległość dwóch metrów można było wyczuć jej mdłe perfumy o piżmowym zapachu. Codziennie nosiła sztywne, eleganckie garnitury i buty na wysokich obcasach. Jej nadejście zawsze zapowiadał energiczny równy stukot, który odbijał się echem od ścian. Podopieczni unikali jej jak ognia, wiedząc, że każde najmniejsze przewinienie nie przejdzie niezauważone. Denerwował ją hałas i nieporządek na korytarzach. Nie wahała się przed karaniem każdego, kto tylko ją zirytował. Tylko z jakiegoś niewyjaśnionego powodu miała lekką słabość do Henley, przez co inni nastolatkowie jeszcze bardziej jej nie lubili.
- Patrz mi w oczy kiedy do ciebie mówię. - upomniała dziewczynę - Tym razem już przesadziłaś, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. W moim ośrodku n i e zdarzają się takie obrzydliwe sytuacje. - wycedziła przez zęby.
- Przepraszam panno Craven. - Henley wiedziała, że przy niej lepiej mówić jak najmniej.
- Nic mi nie przyjdzie z twoich przeprosin. Czy zdajesz sobie sprawę, z tego, że istnieją gorsze miejsca niż to? Jestem o krok od zamiany groźby na czyn. Dawno nikt już mnie tak nie wytrącił z równowagi.
Henley milczała, niepewna. Prawdopodobnie słowa tylko pogorszyłyby jej sytuację.
- Nikt nie mógł z tobą wytrzymać, to dostałaś osobny pokój, masz pozwolenie na wychodzenie do pracy po ciszy nocnej, więc czego ci brakuje? Byłam dla ciebie aż za dobra. Teraz wiem, że to był błąd. Kiedy ostatnio poszłaś na lekcje? Od tej pory musisz codziennie uczęszczać do szkoły i uczestniczyć we wspólnych posiłkach z ludźmi. Nie możesz już dłużej wszystkich ignorować. To twoja absolutnie ostatnia szansa. Żeby się ciebie pozbyć wystarczy mi podpisać zaledwie jeden papier, pamiętaj. Panna Richardson będzie cię obserwować i pilnować, abyś była na czas na każdych obowiązkowych zajęciach. Jeden opuszczony dzień i już więcej się tutaj nie spotkamy.
- Dobrze panno Craven.
- Możesz odejść. - Kobieta wskazała jej ręką drzwi i wróciła do studiowania papierów, leżących przed nią na biurku.
- Do widzenia  panno Craven. - Powiedziała Henley zduszonym głosem i wyszła z gabinetu. Przed drzwiami czekała na nią Anne Richardson, najmłodsza z nauczycielek w szkole. Kobieta wiecznie zestresowana, z wielkimi okularami na nosie, które co chwilę zsuwały się na sam jego czubek.
- Czas przebrać się w mundurek i iść na lekcje Henley.
Dziewczyna przewróciła oczami, ale nic nie odpowiedziała. Czekał ją straszny okres, ale nie mogła zaprotestować. Tym razem zabrnęła już za daleko. Ruszyła szybko w stronę swojej sypialni, rzucając po drodze zirytowane spojrzenie nauczycielce.  Kiedy wbiegała po schodach, poczuła na sobie czyjeś intensywne spojrzenie. Zatrzymała się i zobaczyła za sobą tego samego tajemniczego bruneta, który wystraszył ją  kilka dni wcześniej. Po jej skórze przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Dlaczego on tak bardzo przerażał ją samym wzrokiem? Chłopak miał ciemne oczy i nieodgadnione spojrzenie. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i oparł się nonszalancko o ścianę, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Henley chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie na schodach pojawiła się panna Richardson.
- Dlaczego tu stoisz? - zapytała zirytowana. - Jeszcze trochę i spóźnisz się na lekcję.
- Już idę - mruknęła rudowłosa i odwróciła się, żeby jeszcze raz przelotnie spojrzeć na chłopaka, ale jego już tam nie było. Poczuła, jak rośnie jej gula w gardle.
Kim on jest?
*
I jak wyszło? Osobiście chyba nie jestem szczególnie zadowolona. Mam nadzieję, że nikt nie umarł z nudów. Do następnego :)

poniedziałek, 2 maja 2016

Chapter 3


Henley sunęła się przez miasto, pogrążona w przytłaczającej nostalgii. W myślach błądził jej obraz Josha. Tęskniła za nim całą sobą. Czuła, że jej oczy wypełniają się  łzami, więc szybo przetarła je skostniałą dłonią. Tego dnia było bardzo zimno, zdecydowana większość ludzi pochowała się przed mrozem w sklepach i kawiarniach. Padał deszcz ze śniegiem, który niemal całą ją przemoczył. Czując chlupot wody w butach, przyznała cicho, że stare trampki nie były najlepszym wyborem na taką pogodę. Była jednak daleka od chęci powrotu do ośrodka. Potrzebowała oczyszczenia myśli, a pomóc jej mógł tylko spacer. Idąc nawet nie patrzyła przed siebie, skupiając się na monotonnym plusku wody przy zderzeniu ze stopami. Nie miało nawet znaczenia to, gdzie idzie, chciała tylko uciec. Szła już około godziny równym krokiem, przysłuchując się spadającym kroplom. Parę razy ochlapały ją przejeżdżające samochody, ale nie robiło jej to najmniejszej różnicy. Czuła się otępiała i pusta w środku. Powoli zaczynało się ściemniać, w oknach budynków rozbłysły światła i pojawiły się majaczące za zasłonami figury ludzi. Henley z wahaniem zwróciła wzrok w ich stronę. Prawie co drugie okno ludzie przed telewizorami albo komputerami. Niekiedy rodziny jedzące razem kolację. Henley nawet nie pamiętała czy zjadła cokolwiek tego dnia, ale nie czuła takiej potrzeby. Była głodna czułości, której nie mogła mieć. Widząc w jednym oknie matkę z dziećmi potknęła się, przeklinając cicho pod nosem. Czuła gorycz i przejmującą zazdrość. Przyspieszyła, postanawiając już więcej nie zwracać  uwagi na ludzi. Po chwili uspokoił ją dźwięk pluskającej wody. Henley uwielbiała powtarzalne czynności i odgłosy, miała wtedy wrażenie kontroli nad sytuacją, a to przywracało równowagę w jej głowie. Był wtorek i dzisiaj była w szkole. Jak zawsze nie skończyło się to dla niej dobrze i musiała jakoś odreagować. Na szczęście tym razem padło tylko na samotną wędrówkę. Obawiała się trochę o papierosy i telefon, ale schowała je w plecaku najgłębiej jak się tylko dało, żeby nie zamokły. Nie było jej stać na jakąś nową komórkę teraz, kiedy musiała myśleć o przyszłości. Powinna była siedzieć nad książkami i   uczyć się na test, ale nie mogła wrócić. Musiała się oczyścić, a nie czuła się jeszcze lepiej. Zauważyła, że wokół niej pojawia się coraz mniej domów. Znajdowała się gdzieś na obrzeżach miasta. Tutaj nie było już prawie wcale przechodniów. Wreszcie pojawiło się więcej drzew i ogrodów. Tuż nad jej głową przeleciał z głośnym skrzekiem czarny kruk. Wzdrygnęła się zaskoczona i powędrowała za nim wzrokiem. Poczuła, jakby byli do siebie podobni, też był sam na deszczu, z jakiegoś niewiadomego powodu. On jednak mógł latać, uciec, schować się. Patrzyła za nim tęsknym spojrzeniem. Była uwięziona, jak w klatce, czekając na wolność. Zadrżała z zimna, które nagle ogarnęło ją całą. Już nie była silna i odważna. Cokolwiek robiła, jej ucieczka mogła być tylko chwilowa. Nagle zapragnęła mieć już osiemnaście lat i wreszcie móc dokonać wyboru. Co wtedy zrobi dalej?
*
Sama nie wiedziała kiedy zawróciła w stronę centrum i znalazła się w jakimś obskurnym barze. Sprzedawca nawet nie zapytał ją o wiek. Obchodziło go tylko to, że może coś zarobić w tak pustym dniu. Dziewczyna piła whisky, już trzecią porcję. Napój przyjemnie palił ją w przełyku. Rozgrzała się trochę i powoli zaczęła schnąć.  Wiedziała, że alkohol nie było najlepszym pomysłem na pusty żołądek, ale nie była w stanie się powstrzymać. Marnowała swoje oszczędności, ale czuła, że tego właśnie w tej chwili potrzebuje. Barman nie miał nawet nic przeciwko paleniu papierosów w lokalu. Doszło do tego, że sam zapalił jednego, mając gdzieś wszystkie zasady. Henley przyglądnęła się mu lekko zamglonym spojrzeniem. Miał jasne włosy, całe ręce w tatuażach i około trzydziestu lat. Parodniowy zarost zdradzał, że nieszczególnie dbał o swój wygląd. Wydawał się być dość nieprzyjemny i cichy. Dziewczyna cieszyła się z tego, bo nie była zmuszana do rozmowy. Po kolejnej porcji alkoholu skierowała się chwiejnie w stronę łazienki. Po skorzystaniu z toalety podeszła do kranu i odkręciła kurek z gorącą wodą. Włożyła zimne dłonie pod strumień i odetchnęła z ulgą. Skierowała wzrok na lustro i spojrzała sobie w oczy. Wyglądała tragicznie z czerwonym nosem, bladą skórą i splątanymi, napuszonymi, rudymi włosami. Oczy świeciły niezdrowo i wydawały się być nienaturalnie wielkie przy wychudłej twarzy. Pod nimi majaczyły wielkie, sine kręgi, a w kącikach ust od zimna zrobiły się jej zajady. Nabrała trochę wody w dłonie i zanurzyła w niej twarz. Nic dziwnego, że barman się do niej nie odzywał, wyglądała jak jakaś przybłęda. Po chwili zakręciła wodę i wróciła do sali, zamawiając kolejną porcję whisky.
*
Zataczając się, próbowała iść najprościej jak umiała. Nie wychodziło jej to za dobrze, ale z oślim uporem szła wciąż w stronę sierocińca. Cóż, przynajmniej miała nadzieję, że to dobry kierunek. Było jej strasznie niedobrze i wszystko dookoła było rozmazane, ale przynajmniej deszcz już nie padał.
- Henley! - usłyszała oburzony krzyk. Nawet się nie odwracała.
- Odpieprz się Harry. - powiedziała,  zacinając się lekko. Próbowała iść szybciej, ale marnie jej to wyszło. Chłopak błyskawicznie do niej doskoczył i chwycił ją mocno za ramię.Henley próbowała go uderzyć, ale nie trafiła.
-Jesteś idiotką. Zaprowadzę cię do ośrodka, ale to ostatni raz kiedy się nad tobą lituję. Może wreszcie w końcu powinnaś wpaść w jakieś prawdziwe problemy i wtedy byś się ogarnęła.
- Nic nie wiesz o moim życiu! Nie potrzebuję twojej pomocy. - wybełkotała, próbując się mu wyrwać.
- Gdzie masz telefon? - zapytał, próbując zachować spokój. Ruda wskazała plecak, wyzywając go przy tym od chujów. Brązowowłosy chłopak szybko wyciągnął jej komórkę i wybrał numer do Scotta. Chłopak odebrał po paru sygnałach.
- Nie, to nie Hen. Znowu spotkałem ją pijaną. Ledwo się trzyma na nogach. Słuchaj jesteśmy niedaleko, prześlę ci ulicę sms'em i chodź tutaj. Nie mam czasu żeby ją odprowadzić na miejsce.
Rozłączył się, nie siląc się nawet na zwykłe ,,pa". Był wściekły i miał już rudej po dziurki w nosie. Zaczął ją ciągnąć na przód, żeby mogli przejść chociaż kawałek. 
- To, że przyjaźniłem się z twoim bratem nie sprawia, że muszę cię niańczyć.  Mam już dość twojego zachowania! Nie wszystko możesz tłumaczyć tym, że jesteś sierotą. - Wysyczał po paru minutach, nawet nie do końca myśląc nad tym co mówił.
- Nikt ci nie każe tego robić, pieprzony debilu! - tym razem Henley naprawdę się wściekła. W tym momencie nadbiegł zdyszana Scott. Zaczął rozmawiać z Harrym, ale Henley nie potrafiła już rozróżnić o czym mówią. Otępiła ją wściekłość i wypite procenty. Poczuła się znacznie gorzej, zdając sobie sprawę, że już dłużej nie wytrzyma. Zwymiotowała prosto na buty jej byłego przyjaciela. Zachwiała się, ale przytrzymał ją Scott, z mimowolnym uśmiechem na twarzy. Drugi chłopak właśnie odchodził z szałem w oczach przyglądając się swoim butom. 
- Ale go urządziłaś! On ma rację Hen, to się za często zdarza, musisz z tym skończyć. 
*
Chłopak odgarniał jej włosy ze spoconej szyi, kiedy klęczała, wymiotując w toalecie. Jej skóra przybrała zielonkawy odcień, a ramiona trzęsły się przy każdej fali, która z niej wychodziła. oparła się rękami o ścianę, żeby nie opaść. Czuła się tak okropnie, jak jeszcze nigdy po alkoholu. Twarz lśniła jej od zimnego potu, a włosy posklejały się przy twarzy. 
- Dzięki Scott - wyszeptała, opadając w końcu na ścianę. - Chyba się skończyło. - Kiedy to powiedziała, nagle jeszcze bardziej zzieleniała i powróciła nad toaletę. Tym razem po zwymiotowaniu wyglądała  trochę lepiej.
- Pójdę po twoją kosmetyczkę - powiedział Scott i wybiegł z łazienki. Henley pociągnęła za sznurek od spłuczki i oddychała płytko, czekając aż wróci. Po paru minutach, które wydały się jej wiecznością wrócił z kosmetyczką, małym ręcznikiem i dużą butelką wody. Podał jej picie razem z tabletkami. Dziewczyna łapczywie wypiła naraz prawie pół butelki, popijając leki. Poczuła małą ulgę, bo gardło przestało ją już aż tak piec. Powoli wstała na chwiejnych nogach, podpierając się o chłopaka. Pomógł jej dojść do umywalki, żeby mogła umyć sobie twarz zimną wodą, po czym wytarł ją starannie ręcznikiem.Wyjął z jej kosmetyczki szczoteczkę do zębów i pastę, po czym bez słowa podał dziewczynie. Henley powoli uniosła rękę i wyszczotkowała zęby, najdokładniej jak mogła przy takim osłabieniu całego ciała. W końcu wypluła pastę i wypłukała usta. Scott nadal nic nie mówiąc objął ją w pasie i powoli zaprowadził ją korytarzem do pokoju. Po drodze spotkali się z kilkoma kpiącymi albo pogardliwymi spojrzeniami. Jedna dziewczyna nawet się zaśmiała i zagwizdała głośno palcami, powodując wielki ból w głowie rudej. Nikt nie miał nawet odrobiny współczucia dla wrednej dziewczyny spod piętnastego numeru. Mają powody, żeby mnie nienawidzić - pomyślała, nie mając im za złe takiego zachowania. Kiedy weszli do jej pomieszczenia Scott zamknął drzwi na klucz. 
- Nawet nie mam siły ci teraz mówić jak bardzo jestem na ciebie zły. - powiedział spokojnie, wzdychając - Nie jestem w stanie, kiedy widzę jak bardzo źle się czujesz. - spojrzał jej prosto w oczy z wyrzutem, ale nie doczekał się odpowiedzi. - Czy ty widzisz co ze mną robisz?  Ja...- Przerwał i odwrócił wzrok, a w jego spojrzeniu widać było bezbrzeżny smutek. Henley poczuła się zażenowana.
- Przepraszam za to, naprawdę. - Odparła cicho, mając nadzieję, że chłopak nie dokończy zdania.  Patrzyli sobie bez słowa w oczy. Po chwili Scott podszedł do jej szafy i wyciągnął z niej jej koszulę nocną. Podał jej ją, po czym skierował się w stronę wyjścia.
- Poczekaj! - powiedziała, zanim zdążyła ugryźć się w język. - Wróciłbyś za parę minut, porozmawiać chwilę? - Zaskoczony chłopak przytaknął, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Wyszedł, zostawiając ją samą. Dziewczyna usiadła na twardym  łóżku i powoli zaczęła się przebierać. Rzuciła brudne ubrania w kąt i wsunęła się w szeroką spraną koszulę. Położyła się i po chwili zasnęła, zapominając o uczynnym przyjacielu.
*


poniedziałek, 9 listopada 2015

Chapter 2


Po wyjściu spod prysznica wytarła się i owinęła szczelnie szorstkim ręcznikiem. Chwyciła jedną ręką kosmetyczkę i ubrania z nocy, a drugą przytrzymała swoje aktualne jedyne okrycie. Dzisiaj wypadała sobota, więc najpewniej wszyscy jeszcze spali, ale wolała nie ryzykować. Mogła wcześniej pomyśleć, żeby zabrać ze sobą coś do ubrania. Przeklinała  cicho pod nosem, otwierając drzwi i wysuwając się na korytarz. Rozejrzała się dookoła i z ulgą odnotowała brak niechcianego towarzystwa. Ruszyła pewniejszym krokiem w stronę schodów, planując wyjść na swoje piętro. Przeszła parę stopni, ale zatrzymała się czując, że ktoś ją obserwuje. Odwróciła głowę i jak się okazało, miała rację. Przy ścianie po przeciwnej stronie stał jakiś chłopak. Pierwszy raz w życiu  widziała go na oczy, a pół minuty temu jeszcze go tam nie było. Jego wzrok wyraźnie skupiał się w jednym miejscu, jak się łatwo domyślić był to jej tyłek, uwydatniony przez ciasne owinięcie ręcznikiem. Teraz jednak patrzył jej prosto w oczy. Dziewczyna poczuła, że rzuca jej tym spojrzeniem wyzwanie. ,,Zabronisz mi?" zdawał się kpiąco mówić. Henley nie należała do osób, które łatwo się poddają. Nie odwróciła wzroku, chociaż szczerze miała na to ochotę. Czuła się trochę tak jakby przeszywał ją wskroś i dokładnie badał. Najwyraźniej oczekiwał z jej strony zawstydzenia i szybkiej ucieczki. Ostro się pomylił. Przechyliła lekko głowę i zwilżyła zmysłowo wargi językiem. Chłopak westchnął, wyraźnie zaskoczony. Skierowała spojrzenie niżej i powoli zlustrowała go całego. Jeśli poczuł się niezręcznie, to nie dał tego po sobie poznać. Pokręciła lekko głową, wracając do jego oczu. Starała się opanować jak tylko mogła, chociaż jedyne o czym marzyła, to o ucieczce. Był cholernie seksowny, prawdopodobnie nigdy nie widziała jeszcze tak wspaniałego mężczyzny. Nagle poczuła się boleśnie świadoma wszystkich swoich wad. Wyprostowała się jednak i uniosła lekko głowę. Dla patrzącego z boku wydawałaby się pewna siebie i prowokująca, a o to właśnie chodziło. W rzeczywistości zaczęła panikować, a jej dłonie były już mokre od potu. Bała się go. Nie wiedziała kim był, ale przerażał ją. Poczuła znajomy ból brzucha i zorientowała się, że jeszcze chwila, a  ucieknie stąd z krzykiem. Nie wolno ci okazywać, że się boisz, nie jesteś ofiarą, nigdy już nią nie będziesz!  Jeden kącik jego ust uniósł się nieznacznie, i aż jej zaparło dech w piersiach na widok tego uśmiechu. Nie złamała się jednak. Odwróciła się znowu w stronę dalszych schodów i ruszyła powoli, chociaż wszystkie mięśnie  rwały ją do biegu. Cały czas czuła na sobie jego spojrzenie i to w takich miejscach, w których zdecydowanie nie chciała go czuć. Kiedy wreszcie dotarła do szczytu schodów odetchnęła głęboko i skręciła. Serce waliło jej w piersi jak szalone. Przemknęła przez korytarz najszybciej jak umiała do swojego pokoju. Zamknęła się na klucz i oparła ciężko o drzwi. Co to kurwa było? Oddychała głęboko, starając się uspokoić. Miała teraz ochotę samą siebie uderzyć. To tylko jakiś chłopak, który przypadkowo się tam znalazł, akurat kiedy szła z łazienki. Pewnie ,,nocował" u którejś z dziewczyn z tamtego piętra i akurat od niej wyszedł. Zrzuciła ręcznik z ciała i błyskawicznie naciągnęła na siebie luźną koszulę  nocną. Podeszła też do szafki, z której wyciągnęła pierwsze lepsze majtki. Obiecała sobie, że już nigdy więcej nie pójdzie się myć bez rzeczy do przebrania. Położyła się na łóżku okrywając się szczelnie cienką kołdrą i kocem. Nadal się trzęsła, ale nie było to bynajmniej spowodowane zimnem. Przyłożyła sobie dłonie do policzków i powtarzała cicho, że to zwykły chłopak, który nic jej nie zrobi. Zdecydowanie nie potrafiła ufać ludziom i wątpiła, żeby kiedykolwiek udało się jej tego nauczyć. Ułożyła się najwygodniej jak potrafiła i zamknęła oczy. Było co prawda już po ósmej, ale była wykończona po aktywnie spędzonej nocy, więc miała nadzieję na chociaż odrobinę snu. Jeśli tylko uda się jej uspokoić na tyle, żeby zasnąć.
*
Obudziło ją głośne walenie w drzwi. Poderwała się z łóżka tak szybko, że aż musiała się oprzeć o ścianę, żeby nie upaść. 
- Kto tam? - Zawołała, lekko roztrzęsionym głosem. 
- A jak myślisz? - Odpowiedział jej, mocno zirytowany Scott - Długo nie odpowiadałaś. Znowu cię nie było w nocy? 
- Tak jakby - odparła, przewracając oczami, chociaż wiedziała, że chłopak tego nie zobaczy. 
- Nie mam już do ciebie siły. Idziesz na obiad gdzieś na miasto? Mam ochotę na chociaż jednodniowy odpoczynek od tutejszych "specjałów". 
Kiedy to powiedział poczuła, że burczy jej w brzuchu. Nic dziwnego, nie jadła nic od wczorajszego dnia. Spojrzała na zegar i ze zgrozą zorientowała się, że było już po czternastej. Nie było się nad czym zastanawiać.
- Czekaj przed budynkiem, będę za parę minut. - To mówiąc podeszła do szafy i ubrała czarne jeansy oraz stanik i takiego samego koloru luźny t-shirt. Wsunęła na stopy pierwsze lepsze skarpetki, a na nie swoje nieodłączne trampki. Błyskawicznie rozczesała włosy i związała je w kucyka. Była na tyle głodna, że nie czuła się na siłach, żeby biec do łazienki i myć zęby przed wyjściem. Założyła więc na siebie kurtkę i wyciągnęła z kieszeni gumy to żucia. Zerknęła przelotne w lustro i aż się skrzywiła. Nie miała jednak ani ochoty ani czasu na robienie makijażu. Głowa ją jeszcze trochę bolała, ale sen i tak przyniósł zbawienne skutki. Wyszła z pokoju zostawiając nie pościelone łóżko, ale w tej chwili mało ją to obchodziło. Zamknęła drzwi i pobiegła w stronę schodów. Kiedy tylko wydostała się z budynku, poczuła niesamowitą ulgę. Jedzenie w tym miejscu było naprawdę paskudne, więc widząc teraz Scotta była mu  wdzięczna za pomysł wymknięcia się na jakiś normalny obiad. Chłopak uśmiechnął się do niej i razem ruszyli w górę ulicy. 
- Pizza? - Zapytał, doskonale znając odpowiedź. Uśmiechnęła się tylko szeroko. Ich ulubionym lokalem był "Pablo's pizza" i zwykle szli razem właśnie tam. Kiedy oddalili się już od sierocińca, Scott rozluźnił się trochę i wyciągnął z kieszeni swoje papierosy.
- Masz może ogień? - Wyciągnął jednego, po czym schował paczkę z powrotem do kurtki. Ruda uniosła brwi z kpiącym uśmieszkiem.
- Prawdziwy z ciebie buntownik - żachnęła się i wyciągnęła z torby zapalniczkę. - Ale najpierw mnie poczęstuj. Przypominam, że wczoraj mi jednego zmarnowałeś.
Chłopak niechętnie wyjął dla niej jednego papierosa. Po odpaleniu i zaciągnięciu dziewczyna poczuła, że zaraz wybuchnie śmiechem. Scott wyraźnie starał się zgrywać buntownika, ale coś mu nie wychodziło.
- Czekoladowy smak? - Odwróciła głowę, żeby nie widział jej śmiechu. - Czy ty starasz się mi jakoś popisać? - Odwróciła się w jego stronę, ale on umyślnie unikał jej wzroku. Henley westchnęła zrezygnowana i pokręciła głową. - Nie szukam chłopaka, dobrze mi tak jak jest. - Powiedziała łagodniej, mając nadzieję, że chłopak w końcu ją sobie odpuści. Naprawdę nie była dobrą partią. Prawdopodobnie dla nikogo nigdy nie będzie. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć, a ona nie zamierzała próbować zaufać. Jedyną osobą, którą Henley kochała, był jej brat. Straciła jednak i jego, więc jedyne co mogła zrobić, to tęsknić w samotności.
*
Piosenka
kilka godzin później
Wchodząc do małej kawiarni natychmiast skierowała się po schodkach na wyższy poziom. Większość ludzi wolała zostać na dole, bo było tam trochę więcej miejsca. Co prawda były to w tej chwili zaledwie trzy osoby, ale Henley ceniła sobie ciche i zupełnie wyludnione miejsca, więc kącik na piętrze był dla niej idealny. Usiadła z westchnieniem ulgi. Dobrze było znowu tutaj przyjść. Wciągnęła głęboko powietrze, pełne pięknego zapachu parzonej kawy i różnych mieszanek herbat. Przy barierce stał mały regał, wypełniony wręcz po brzegi najróżniejszymi książkami. Henley obrzuciła go wygłodniałym spojrzeniem. Zwykle przesiadywała tu godzinami nad najróżniejszymi powieściami, ale teraz musiała się powstrzymać od czytania. Usiadła przy stoliku i wyciągnęła z torby dziennik, oraz coś do pisania. Kiedy zdjęła kurtkę, wróciła na dół, żeby złożyć zamówienie. 
- Henley! Dawno cię u nas nie było - uśmiechnęła się do niej serdecznie sprzedawczyni. 
- Miałam trochę spraw na głowie, ale teraz pewnie znowu będę cię dręczyć dzień w dzień.
- Uważaj, bo się jeszcze przestraszę - mrugnęła do niej kobieta. - Mamy bardzo dobre nowe mieszanki herbat. Co powiesz na zieloną z odrobiną marcepanu i żurawiny?
- Cóż, skoro ją polecasz, to chętnie spróbuję. - odparła, po czym usiadła na chwilę a wysokim krześle przy ladzie, czekając na czajniczek z herbatą. Rozejrzała się po pomieszczeniu, leniwie machając nogami w powietrzu. Wnętrze było urządzone w starym stylu, bez zbędnych ozdób, czy wszechobecnego kiczu. Henley od zawsze była wyczulona na punkcie wystrojów pomieszczeń. Cicho marzyła o studiach architektury wnętrz, jednak było to dla niej tylko niedostępnym snem.
Kobieta po paru minutach wróciła podając jej małą tackę z czajniczkiem i czarką.
- Mam nadzieję, że będzie ci smakować. - uśmiechnęła się do niej szeroko
- Dziękuję ci, Penny. - dziewczyna chwyciła tackę i wspięła się zwinnie po krętych schodach. Rozsiadła się wygodnie na starym fotelu obitym miękkim, wypłowiałym materiałem. Nalała ostrożnie gorącego napoju do czarki i rozkoszowała się przez chwilę jego pięknym aromatem. Marcepan tworzył idealne połączenie z zieloną herbatą. Henley ostrożnie zamoczyła wargi w bursztynowym napoju i poczuła przyjemne ciepło, rozchodzące się po jej ciele. Po chwili odłożyła jednak napój i chwyciła niechętnie dziennik, w wyszczerbionej już, granatowej oprawce.  Otworzyła go na stronie na której skończyła.
12.03 
 Przez pierwsze miesiące po zniknięciu matki wszyscy litowali się nad małymi, biednymi dziećmi Toma i Eveline Wrightów. Ojciec bardzo nie lubił rozmów z nimi, tak jak i wspominania o matce. Od czasu jej odejścia rozmowa o niej stała się dla niego tematem tabu. Nie wolno nam było wymawiać jej imienia, ani pytać o to gdzie może być. Odważaliśmy się ją wspominać tylko w nocy, kiedy zostawaliśmy sami w sypialni. Zawsze idąc z ojcem na zakupy napotykaliśmy się na tabuny współczujących sąsiadów. Raz jeden z nich zaczął wyzywać Eveline od największych suk i prostaczek. Josh zareagował rzucając się na potężnego pana, drapiąc go i gryząc. 
-Mama nie jest suką! - wrzasnął, wpadając w istny szał. Chciałam mu pomóc, równie zła jak on, ale ojciec chwycił mnie z całej siły za ramię i odepchnął od nich tak, że aż upadłam na ziemię. Od bólu łzy stanęły mi w oczach.  Byłam przerażona, kiedy wściekły odciągał mojego brata od zdezorientowanego sąsiada.
- Przepraszam, Panie Smith. Josh jest zrozpaczony zniknięciem Ev. Musi mu Pan to wybaczyć. 
Zdegustowany sąsiad otrzepał ostentacyjnie płaszcz i mruknął coś o bezstresowym wychowaniu, oddalając się bez pożegnania. My zostaliśmy, stojąc w niepokojącej ciszy. Po chwili ojciec złapał nas za nadgarstki i pociągnął w kierunku domu.
- Nie idziemy na zakupy, papo? - załkał mały Josh. Ja nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Po raz pierwszy widziałam tatę w takim stanie, zawsze byłam jego oczkiem w głowie. Teraz jednak nawet nie zwracał na mnie uwagi. Potrafił odepchnąć mnie wtedy i nawet nie zauważyć, że się przewróciłam. Miałam  zaledwie cztery lata i wydawało się mi niemożliwe, żeby ojciec mógł zrobić coś takiego. Był to pierwszy raz, kiedy zachował się wobec nas w ten sposób. Odejście kobiety jego życia sprawiło, że zmienił się nie do poznania. Stał się milczący i ponury, nigdy się z nami nie bawił. Josh chodził już do szkoły, a mnie idąc do pracy zostawiał samą w domu, czasami pod opieką wiekowej już niani. Brakowało nam spędzania z nim czasu, czasami czuliśmy się jakbyśmy już nie mieli żadnego z rodziców...
*
Powracam, po dłuuugiej przerwie. Przepraszam za nieobecność i postaram się już teraz pisać bardziej regularnie :( mam niestety strasznie mało czasu i stąd przerwa.
Rozdział dedykowany Ewelinie 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Chapter 1

Siedząc w prawie pustym autobusie, dziewczyna włożyła w uszy słuchawki i puściła muzykę najgłośniej jak się dało. Zaczęła kiwać do rytmu głową, a po chwili sięgnęła do torby. Grzebała w niej chwilę, po chwili wyciągając podręczny notatnik i niebieski długopis. Melancholijnie spojrzała w szybę, za którą iskrzyły się w światłach latarni krople deszczu. Londyńska pogoda dobijała niektórych ludzi, ale ona już dawno zdążyła się do niej przyzwyczaić, prawdopodobnie w cieplejszym kraju czułaby się dużo gorzej. Westchnęła zrezygnowana, otwierając zeszyt na przypadkowej stronie i zaczęła pisać.
 11.03
Nigdy wcześniej nie prowadziłam pamiętnika, bądź jak inni to wolą nazywać dziennika. Nazywam się Henley Wright. W październiku skończę siedemnaście lat, więc w zasadzie czeka mnie tylko rok do osiemnastu i upragnionej wolności. Nie wiem czy sobie poradzę, ale nie mam wyboru. Przeraża mnie to, ale jednocześnie zachwyca i stawia jakiś cel. Wydaje mi się, że chcę zacząć pisać ten pamiętnik(?) żeby samej sobie pomóc. Potrzebuję wreszcie wypowiedzieć na głos parę rzeczy, żeby być w porządku z samą sobą i nie zwariować dusząc to w tajemnicy. Teoretycznie nikomu o tym nie mówię, ale może kiedyś komuś to pokażę, albo przez przypadek wpadnie to w jakieś obce ręce. O pewnych rzeczach się nie mówi na głos, trzymam się tej zasady od zawsze. Może więc zacznę od początku. 
Urodziłam się w pozornie szczęśliwej rodzinie. Moi rodzice wydawali się być dobraną parą, a mój starszy o dwa lata brat Josh od zawsze miał w sobie dużo uroku.  Jednak tuż przed moimi czwartymi urodzinami matka opuściła naszą rodzinę. Jak można się łatwo domyślić nie mam z nią wielu wspomnień. Pamiętam tylko, że zawsze bardzo dbała o mnie i brata. Przypomina mi się jak śpiewała nam kołysanki i leżała z nami aż zasnęliśmy. Gładziła mnie wtedy lekko po plecach, wiedząc jak bardzo zależy mi na jej bliskości. Pewnego dnia zwyczajnie zniknęła, a my nigdy nie dowiedzieliśmy się co się wydarzyło i dlaczego. Wieczorem jeszcze przy nas była, a rano nie było i jej i większej części jej rzeczy. Pamiętam jak płakaliśmy z Joshem, kiedy ojciec powiedział, że ona już nie wróci. Traumatycznych wydarzeń się nie zapomina. Nigdy więcej jej nie zobaczyliśmy, nie wysłała też żadnej wiadomości. Nie pamiętam już dokładnie jak wyglądała, mam tylko jedno stare zdjęcie, które ojciec zgodził się mi zostawić. Miała ciemne włosy, ale jej oczy były brązowe jak moje. Zawsze byłam bardziej podobna do ojca, niestety. Przypominam sobie jak zabrałam jej koszulę nocną z szafy i schowałam ją u siebie. Przez parę miesięcy czuć jeszcze było jej zapach w tym z pozoru zwykłym kawałku materiału. Kiedy nie mogłam zasnąć wolałam się przytulać właśnie do tej koszuli niż do pluszaków, w jakiś sposób sprawiała, że czułam się lepiej. Dobrze zrobiłam zabierając ją, bo niedługo po tym ojciec wyrzucił całą resztę rzeczy, które do niej należały. Myślę, że nigdy jej nie wybaczył, przez lata jego złość tylko rosła i doprowadzała go do coraz gorszych sytuacji.  Możliwe, że stworzyłam sobie w głowie jej częściowo wyimaginowany obraz, od zawsze starając się ją usprawiedliwić, ale pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. To co się z nami stało nie jest jej winą, ale gdyby wróciła, to mogłaby nas uratować...
Przerwała pisanie i rozglądnęła się nieprzytomnie po autobusie. Zorientowała się, że zaraz będzie musiała wysiadać. Schowała szybko dziennik do torby i wstała, kierując się do drzwi. Kiedy pojazd się zatrzymał zarzuciła kaptur na głowę i wysiadła, biegnąc w strugach deszczu. Nie groziło jej spóźnienie, ale uwielbiała od czasu do czasu trochę pobiegać. Zimny wiatr szczypał ją w twarz, a krople deszczu ograniczały jej widoczność, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Ulice były prawie puste, ale wiedziała, że jeszcze parę przecznic i zrobi się tłoczno. Nocnemu życiu ludzi bynajmniej nie przeszkadzał deszcz. Przeskoczyła nad większą kałużą, żeby nie przemoczyć sobie butów. W miarę jak zbliżała się do klubu zgodnie z jej oczekiwaniami wokół  pojawiało się coraz więcej osób. Wreszcie dotarła do celu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie lepiej iść do tylnego wejścia, ale w końcu ruszyła do najbliższego. Zręcznie przecisnęła się przez mruczący z niezadowoleniem tłum i w końcu znalazła się przy drzwiach, których pilnował ochroniarz.
 - Siema Paddy! - Zawołała do niego, przekrzykując hałas. 
- No witam, mała. - odpowiedział z szerokim uśmiechem i potargał jej włosy. - Właź, wyjątkowo duży ruch dzisiaj, więc uważaj.
Prychnęła głośno, zdecydowanie nie lubiła kiedy ktoś traktował ją pobłażliwie.  Nie odpowiadając, wmaszerowała zdecydowanym krokiem do środka. Wciągnęła głęboko ciepłe powietrze do płuc.

Rozejrzała się i zaczęła przeciskać się do baru. Kiedy wreszcie udało się do niego dotrzeć było jej gorąco i czuła, że zapewne zrobiła się czerwona na twarzy. Gwizdnęła i pomachała do Edena, który miał z nią dzisiaj pracować. Pochodził z Izraela, stąd nietypowe imię i był jednym z jej najbliższych znajomych. Zajęty, uśmiechnął się tylko przelotnie i zabrał się do robienia shotów. Dziewczyna przeszła za ladę i skierowała się do pomieszczeń personelu. Tam witając się zdawkowo z resztą ekipy zdjęła szybko mokrą kurtkę, poprawiła usta szminką i przebrała trampki na średniej wysokości czarne obcasy.  Zawsze starała się jakoś postarzyć w pracy, żeby nikt nie mógł się domyślić ile ma lat. Posadę dostała wyłącznie dzięki znajomościom, bo nie była tu do końca legalnie. Gotowa wróciła szybkim krokiem do baru. Uśmiechnęła się zadziornie i zaczęła przyjmować zamówienia. Poruszała się przy tym seksownie do rytmu muzyki, żeby przygarnąć do baru paru bogatych mężczyzn. W taką tłumną noc nie było ciężko zdobyć trochę napiwków. Niektórzy mogliby nie uwierzyć jak hojni stają się pijani ludzie. Ona o tym wiedziała i potrafiła dobrze to wykorzystać. Była w swoim żywiole i nie trudno było się tego domyślić. Miała straszną ochotę się napić, ale wiedziała, że musi z tym zaczekać do końca zmiany. Spokojnie szykowała kolejne drinki,  przyzwyczajając  się już  zupełnie do ostro mrugających świateł i dusznego powietrza.
- Hej mała, zatańczysz ze mną? - Wymamrotał jeden z klientów, kiedy podała mu zamówienie. Dziewczyna zaśmiała się cicho i nachyliła do niego.
- Może, jeśli zostawisz mi jakiś miły bonus. - powiedziała, patrząc mu bezczelnie prosto w oczy.  Młody mężczyzna wyjął chwiejnie portfel i wyjął z niego oprócz zapłaty jeszcze dwadzieścia funtów. Uśmiechnęła się zadowolona i zabrała kwotę.
- No to próbuj mnie znaleźć po zmianie. - Powiedziała, a kątem oka zobaczyła jak Eden parska cichym śmiechem. Mężczyzna oddalił się zataczając, a ona wiedziała, że nigdy więcej już go nie zobaczy. W tym tempie picia odpłynie za jakąś godzinę. Odwróciła się Edena i przybili sobie dyskretną piątkę.
- Jak patrzę na twoje wyczyny, to czasem chciałbym być kobietą. Myślę, że więcej bym wtedy zarabiał. - Zażartował.
 - Niestety nie każdy może być atrakcyjny. - Mrugnęła do niego, ale oboje wiedzieli, że nie była to prawda. Eden zapierał dech w piersi prawie każdej dziewczynie, która na niego spojrzała. Był przystojny w egzotycznym stylu, co sprawiało, że był wyjątkowo atrakcyjny dla brytyjskich kobiet. Henley żeby zwrócić na siebie uwagę mężczyzn musiała się nieźle postarać, na co dzień mało kto uznawał ją za godną uwagi. - Pamiętaj, że napiwki dzielimy między siebie.- To mówiąc wrzuciła banknoty do ich wspólnego słoika.
- Dobrany z nas duet - mruknął, przygotowując kolejne drinki.
 Trzy godzimy później wreszcie przyszli ludzie z kolejnej zmiany. Henley i Eden skierowali się do szatni, żeby podzielić między siebie pieniądze.
- No no, wyszło nam po 98 funtów - powiedział mile zaskoczony chłopak - Uwielbiam z tobą pracować, rzadko udaje mi się tyle uzbierać.
- O tych godzinach najwięcej kupują, warto mieć pierwszą zmianę! - Zaśmiała się zadowolona. - Wracasz do domu czy idziesz się zabawić?
- Chyba jeszcze chwilę zostanę, nie ma co marnować nocy. Zbliża się dopiero druga. - Wyszli i zamówili sobie drinki, które dzięki pracy mogli pić za darmo. Dziewczyna uśmiechnęła się, przybijając z nim kieliszki. Wypiła całą zawartość za jednym razem, czując przyjemne pieczenie w gardle. Tego jej brakowało, czas na chwilę zapomnieć. Natychmiast zamówiła drugi napój, tym razem mocniejszy. Jej kolega już zaczął się chciwie rozglądać po sali, szukając jakiś atrakcyjnych kobiet. Henley wypiła do końca drugiego drinka i pociągnęła go w stronę zatłoczonego  parkietu. Powoli zaczynała czuć się coraz weselsza, kiedy alkohol zaczął  przynosić pożądany efekt. Poruszała się coraz szybciej w rytm muzyki. Normalnie nie przepadała za klubowymi kawałkami, ale teraz wydawały się świetne. Wokół niej ludzie pozwalali sobie na coraz śmielsze czyny. Czuła się wśród nich dobrze, pod wpływem alkoholu wszystkie granice znikały i obcy ludzie zdawali się być znajomi od lat. Czyż nie jest przyjemnie mieć wokół siebie tylu "przyjaciół"? Nie zwracała już uwagi na to czy Eden nadal jest przy niej, czy to już inny,  dała się porwać szalonej zabawie. Po jakimś czasie podeszła do baru napić się jeszcze, a chwilę później znów wywijała wśród obcych ludzi. Poczuła, że ktoś obejmuje ją od tyłu i całuje zachłannie w szyję, ale nie przeszkadzało jej to. W pewnej chwili zauważyła gdzieś dalej Edena, tańczącego z jakąś długonogą blondynką. Zaczęła przeciskać się w ich stronę ze świetnym w jej mniemaniu pomysłem na żart. Kiedy wreszcie do nich dotarła  pocałowała chłopaka namiętnie w usta. Był już na tyle pijany, że zaśmiał się tylko i oddał pocałunek tak, że aż jej się zrobiło gorąco.  Mimo wszystko, musiała przyznać, że był dla niej bardziej atrakcyjny od Scotta. Przerwali dopiero, kiedy obydwojgu zabrakło oddechu.
- Chyba już nie wiesz co robisz mała zołzo! - krzyknął bez żalu, kiedy wściekła blondynka odeszła do jakiegoś innego chłopaka. Ruda zaśmiała się głośno i odeszła od niego, znowu skupiając się na tańcu. Czuła na sobie jego pożądliwe spojrzenie, zdecydowanie umiała wywierać na mężczyznach wrażenie, pomimo swojego przeciętnego wyglądu i młodego wieku. Zdawała sobie sprawę, że na trzeźwo była dla dwudziestolatka w zasadzie tylko zabawną gówniarą. To była naprawdę dobra noc. Zapomniała o wszystkim, teraz liczyła się tylko muzyka, światła i szaleństwo.
*
Obudziła się z koszmarnym bólem głowy. Chyba jednak wypiła więcej niż powinna. Usiadła i zorientowała się, że leży na kanapie na zapleczu klubu. Ktoś przykrył ją kocem. Rozejrzała się i zobaczyła paru współpracowników leżących w różnych dziwnych pozach i zakamarkach pomieszczenia. Chyba nie tylko ona przesadziła jej nocy. Wstała podchodząc do swoich rzeczy. Powinna bardziej uważać z alkoholem. Nie byłaby w stanie sobie wybaczyć jeśli komuś udałoby się kiedykolwiek zaciągnąć ją do łóżka.
- Cholera - mruknęła patrząc na godzinę. - zbliżała się siódma, w sierocińcu zabiją ją za to, że wraca dopiero rano. Było mało prawdopodobne, żeby dyżurna jeszcze spała. Najciszej jak mogła wyszła z pomieszczenia, jednocześnie zakładając kurtkę. Wyciągnęła z kieszeni przygotowany zawczasu Ibuprom i nalała sobie przy barze pełną szklankę wody.  Poczuła lekką  ulgę przy zamoczeniu spierzchniętych warg w zimnym napoju. Połknęła dwie tabletki i ruszyła w stronę wyjścia. Wiedziała, że w pracy żadne z nich nie będzie miało problemów. Właściciel klubu był młody i bardzo liberalny. Skrzywiła się jednak, myśląc o awanturze, która zapewne czekała ją po powrocie do ośrodka. Szła tak szybko jak mogła na trzęsących się nogach. Miała nadzieję, że chociaż lek zadziała i głowa przestanie ją boleć. Wyciągnęła z kieszeni gumy owocowe i od razu włożyła do ust trzy. Zawsze była dobrze przygotowana do ukrycia swoich małych występków. Z torebki wyciągnęła perfumy o mocnym kwiatowym zapachu i obficie się nimi skropiła. Jedyne o czym teraz marzyła, to o zimnym prysznicu. Niestety czuła, że śmierdzi potem i strasznie to ją irytowało. Kiedy dotarła do sierocińca faktycznie się jej oberwało, ale świeże powietrze uczyniło swoje i przynajmniej dyżurująca na poczuła zapachu alkoholu. Henley odetchnęła z ulgą, idąc pustymi jeszcze korytarzami do swojej klitki. Zabrała wszystko co było potrzebne i ruszyła do łazienki. Jak można się domyśleć toalety w sierocińcu nie miały zachęcającego wyglądu, ale ona miała w tej chwili wrażenie, że są idealne. Nawet znajdujące się gdzieniegdzie na ścianach zgniłe plamy jej nie przeszkadzały. Jedyne co ją teraz obchodziło do dostęp do bieżącej wody. Szybko się rozebrała i wskoczyła pod prysznic. puściła zimną wodę i skierowała strumień prosto na twarz. Przez jej ciało przeszło mrowienie,  przynosząc oczekiwaną ulgę. Poczuła się dużo świeższa i znowu zdolna do normalnego myślenia. Niestety wraz z tym przyszłą fala zalewających ją wspomnień.
*


Chciałam tylko podziękować za pozytywne opinie pod prologiem i przeprosić za to, że ten rozdział wyszedł słabo :/ Następnym razem postaram się bardziej, więc mam nadzieję, że jednak nie zawiodę was tak do końca. Proszę  o opinie, bo to moja pierwsza opowieść w tym stylu i trochę się tym stresuję. Jeśli zauważycie jakieś literówki czy błędy stylistyczne, to mi napiszcie, a  na pewno je poprawię. 
Do następnego ;) !

sobota, 28 marca 2015

Prologue


...Jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście... Kauczukowa piłeczka odbijała się rytmicznie od obdrapanej ściany. Dziewczyna wpatrywała się w nią zirytowana. Siedzenie w tym pokoju doprowadzało ją do szału. Nienawidziła sierocińca i wszystkiego co było z nim związane. W zasadzie określenie pokój nie pasowało do tej klitki. Wielokrotnie w duchu dziękowała Bogu za brak klaustrofobii. Gdyby kiedykolwiek ją miała, to z pewnością zwariowałaby siedząc w tym pomieszczeniu. Była to jednak  częściowo jej własność, więc starała się doceniać to miejsce jak mogła. Niewiele rzeczy posiadała, więc nauczyła się szanować chociaż to co już do niej należało. Jeszcze półtorej roku i będzie musiała znaleźć sobie coś innego do zamieszkania. Nie miała pojęcia co zrobi kiedy skończy osiemnaście lat, ale cicho marzyła, że jakoś się jej ułoży. Dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć... Pieprzony Harry, pomyślała. Jak zwykle pouczał ją przy spotkaniu i traktował jak małą dziewczynkę. Kiedyś myślała, że chłopak może ją uratować, ale już dawno przestała w to wierzyć. Pyszałkowaty niby ,,przyjaciel" nie znał nawet połowy prawdy o jej życiu. Gdyby dowiedział się wszystkiego, nie odważyłby się nawet jednego złego słowa na nią powiedzieć. Lepiej żeby zajął się swoją blondyneczką. Prychnęła rzucając piłkę dwa razy mocniej, a ta odbijając się od ściany uderzyła mocno w starą szafę. Lekko nadgniłe drewno zaskrzypiało cicho. Dziewczyna wstała i podeszła do niewielkiego zakurzonego lustra, które wisiało na ścianie. Przetarła rękawem brudną powierzchnię żeby móc zobaczyć swoją twarz. Spojrzała w swoje uważne, brązowe oczy. Pomimo ciepłej barwy pozostawały zimne i niewzruszone. ,,I co, miło jest być suką, Henley?" - pomyślała kpiąco. Właściwie mogłaby być stosunkowo ładna gdyby nie sine kręgi pod oczami i wiecznie potargane rude włosy. Nienawidziła jednak swojej trójkątnej twarzy i bladej cery licznie usianej piegami. Zniechęcona odwróciła wzrok od lustra. Powinna była choć trochę o siebie zadbać, ale nie miała na to wystarczającej ilości energii. Wystarczyło jej to, że się myła, każdy makijaż byłby zbędną stratą czasu. Zdarzało jej się malować, ale wtedy z kolei zwykle przesadzała i większość mijanych ludzi patrzyła na nią jak na prostytutkę. Nie przejmowała się tym jednak. Od zawsze miała głęboko gdzieś to, co myślą o niej inni. Przez blisko siedemnaście lat swojego życia odkryła, że ludzie lubią być dla reszty okrutni, że sprawia im to przyjemność. Nie była od nich lepsza, sama chciała, żeby doznali chociaż części koszmaru, którym ona żyła od lat. Była najzupełniej pewna, że większość z nich popełniłoby samobójstwo po czymś takim. Sama też myślała o takim zakończeniu i nawet próbowała dwa razy... Za każdym razem jednak jakoś wytrzymywała i próbowała żyć normalnie. Potarła o siebie nadgarstki na których widniały podłużne blizny. Jedne blade i stare, a inne całkiem świeże. Nie była z tego dumna, ale czasami nie widziała innego wyjścia. Czy  jej obecną sytuację można nazwać normalną? Henley wyłożyła się na wąskim łóżku, które zaskrzypiało przy tym głośno. Wyciągnęła z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Na terenie sierocińca obowiązywał całkowity zakaz palenia i spożywania alkoholu, ale ona nic sobie nie robiła z tej zasady. Zapaliła jednego i zaciągnęła się z zadowoleniem. Uwielbiała smak i zapach petów pomimo tego, że  większość ludzi uznawała je za obrzydliwe. Już od jakiegoś czasu przestały jej wystarczać słabe papierosy i zaczęła kupować dużo silniejsze. Była to dobra decyzja, bo jednocześnie zmniejszyła nieco ilość wypalanych dziennie. Pozwoliło to na nieznaczne oszczędności, które odkładała do puszki schowanej pod szafą. Wieczorami pracowała jako kelnerka, a czasami na całe noce jako barmanka. Można było powiedzieć, że w wieku szesnastu lat była bardziej wciągnięta w nocne życie Londynu niż jego niejeden dorosły mieszkaniec. Sporadycznie zdarzało jej się chodzić do szkoły, ale tylko na tyle żeby zdać do następnej klasy. Podobno była dość zdolna, ale nie znosiła przebywania wśród innych uczniów. Zawsze traktowali ją jak wyrzutka i śmiali się z niej. Nikogo w sierocińcu nie obchodziło to co robiła poza jego budynkiem, więc mogła sobie pozwolić na liczne nieobecności. Smakowała z zadowoleniem papierosa, który dawał jej chwilę spokoju i odprężenia. Z nudów zaczęła robić z dymu obręcze. Za chwilę poczuła jednak dziwne uczucie w klatce piersiowej i zaczęła głośno kaszleć. Nie powinna była ostatnio paradować na zimnie bez ciepłego ubrania. Jednak po alkoholu nie potrafiła skupić się na tyle żeby dobrać ubranie do pogody. Kaszląc poczuła zbierające się jej w oczach łzy. Będzie musiała kupić  sobie jakieś leki. Ostatnie czego jej było potrzeba to gorączka i spędzanie w tym miejscu całej doby. Usiadła, nadal trochę się krztusząc. Nagle drzwi do jej pokoju otworzyły się energicznie. Wpadł przez nie Scott, jedna z niewielu osób, które ośmielało się z nią rozmawiać. Widząc ją pokręcił z niesmakiem głową. Zamknął drzwi kopniakiem i podszedł do dziewczyny. Wyrwał jej z ręki papierosa i bez pytania wyrzucił przez okno.
- Ej, jeszcze nie skończyłam! - wyrzęziła, rzucając mu mordercze spojrzenie.
- To świństwo czuć na całym korytarzu. Znowu chcesz mieć kłopoty? - Skrzyżował ręce na piersi, ale jednocześnie na jego wargach błądził nikły uśmieszek.- Wolałem twoje poprzednie, tych nie zamierzam testować.
- Spieprzaj Scott, mówię poważnie, będziesz odkupywać! - odburknęła niezadowolona. Wysoki brunet usiadł obok niej i położył rękę na jej udzie. Był równie złośliwy jak ona i może właśnie dlatego potrafili się dogadać. Przyciągnął jej głowę drugą ręką i pocałował zachłannie. Bez głębszych emocji oddała pieszczotę. Po chwili odsunął się od niej i spojrzał jej pytająco w oczy.
- Nic. Jak zawsze, nie masz co próbować Scott. Najwyraźniej nie jesteś w moim typie. - rzuciła znudzona.
Chłopak westchnął zrezygnowany i rozłożył się obok niej. Zaczął się bawić postrzępionym rogiem szarego, wyblakłego koca, który okrywał łóżko. Wyglądał przy tym trochę jak rozkapryszone dziecko, pomimo że było od niej starszy o rok. Uśmiechnęła się półgębkiem, rozbawiona jego zachowaniem.
- Za pół roku mnie już tutaj nie będzie. Może wtedy docenisz mnie i moje uczucie do ciebie. -popatrzył na nią wyzywająco - Wiesz, że wtedy będzie za późno?
Skinęła lekko głową, nie czując absolutnie niczego. Było jej żal, że zostanie właściwie sama, ale wiedziała, że nigdy nie poczuje nic więcej do Scotta. Jest niezłym kumplem, ale nic ponadto i tak już zostanie. Spojrzała na zegar i przestraszona zdała sobie sprawę, że musi się zbierać do pracy. Wstała, podchodząc do szafy i wyciągając z niej wszystko co było potrzebne na wyjście poza ośrodek.
- Mógłbyś wyjść? Chcę się przebrać - mruknęła obojętnie, patrząc w okno za którym jak zwykle migotał krople deszczu. Chłopak niechętnie wstał i skierował się bez słowa do drzwi. Henley skrzywiła się lekko kiedy głośno nimi trzasnął. Zrzuciła szybko ubrania i założyła nowe. Te były nieco bardziej wyjściowe. Umalowała się też, bo dzisiaj miała pracować w klubie jako barmanka. Zależało jej na napiwkach a wiedziała, że odpowiednim wyglądem może je łatwo zdobyć. Liczyła też, że w przerwie dobrze się zabawi i potańczy trochę. Gotowa spojrzała w lustro. Stwierdziła, że przydałoby się jednak rozczesać włosy. Związała je w wysokiego kucyka i zdecydowała, że teraz jest już gotowa do pokazania się w pracy. Wyszła zamykając drzwi pokoju na klucz. Idąc w stronę klubu nie mogła uwierzyć, że wszystko ułożyło się jej w ten sposób... A teraz mogło być już tylko gorzej. Przypomniała sobie  całe swoje życie i pokręciła głową. Tyle upokorzeń... Chyba urodziła się pod tak zwaną nieszczęśliwą gwiazdą.
***